|
Napisz do mnie...
| << | Styczeń 2012 | |
| Pon | Wt | Śr | Czw | Pią | Sob | Nie |
| | | | | | 1 |
| 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 |
| 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 |
| 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 |
| 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 |
| 30 | 31 | | | | | |
| Statystyki |
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
435028
|
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
919
|
|
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
192
|
|
Tak. Jestem "wieśniakiem"! |
|
|
środa, 04 luty 2009, 23:54
ROZMYŚLANIA NAD STARĄ LEGITYMACJĄ
|
Porządkując stare papiery trafiłem przypadkowo na wydaną w sierpniu 1981 r. legitymację Polskiego Związku Motorowego. Prawdę mówiąc zapomniałem już, że byłem kiedyś członkiem tej organizacji (składki opłacone, nomen omen, do końca grudnia 1981). Teraz jednak, trzymając w ręku wykonany z marnej jakości papieru, oprawiony w szary plastik druczek, szybko przypomniałem sobie motywy, które mną wówczas kierowały. Otóż właśnie w 1981 r. dzięki chwilowej łaskawości władzy ludowej, która miała akurat na głowie ważniejsze sprawy, po raz pierwszy w życiu otrzymałem "prawdziwy" paszport i mogłem wybrać się swoją nowiutką syreną 105 L do drugiego obszaru płatniczego, konkretnie do Austrii. Przynależność do PZM dawała w przypadku takich wyjazdów konkretne korzyści. Na przykład zniżkę przy zakupie Międzynarodowej Książeczki Pomocy Samochodowej. Był to dokument zapewniający, przynajmniej teoretycznie, możliwość bezgotówkowego pokrycia kosztów wykonanej za granicą naprawy samochodu. Duża rzecz, bo w tamtych czasach konieczność usunięcia skutków awarii auta (wielce prawdopodobnej, zważywszy jakość naszych ówczesnych pojazdów) mogła zrujnować kieszeń każdego zmotoryzowanego Polaka.
Członek PZM mógł też liczyć na wiele innych rabatów: na szkolenie na prawo jazdy w ośrodkach prowadzonych przez automobilkluby, wynajem przyczep kempingowych, wystawianie międzynarodowych praw jazdy, usługi związkowych rzeczoznawców, noclegi w motelach PZM, parkowanie na niektórych strzeżonych parkingach itp. Do tego darmowa pomoc drogowa, bezpłatne porady techniczne i prawne (wszystko to wyczytałem w rzeczonej legitymacji).
A jak jest dzisiaj? Z ciekawości zajrzałem na stronę internetową www.pzm.pl. Znalazłem tam informację o strukturze władz związku (prezes, dwaj wiceprezesi, wiceprezes urzędujący, skarbnik, przewodniczący komisji, dyrektorzy biur, członkowie trybunału), zestaw najróżniejszych regulaminów, kalendarz imprez (m.in. tradycyjna Narada Turystyki Motorowej PZM), strategie rozwoju sportów motorowych itp. A co dla zwykłych członków? Na ten temat niczego się nie doszukałem.
Zresztą pal sześć przywileje. PZM mógłby liczyć na szacunek i popularność, jaką cieszy się choćby niemiecki ADAC, gdyby chociaż stanowił realną siłę lobbującą na rzecz ogółu zmotoryzowanych, np. przy dyskusjach o planowanym podwyższeniu wysokości mandatów czy obstawieniu krajowych dróg szpalerami fotoradarów. Niestety, nie stanowi. A przynajmniej nic o tym nie słychać. Dlatego raczej nie odnowię swojego w nim członkostwa. I nie zapłacę zaległych składek.
|
|
Komentarzy:
3
|
|
czwartek, 14 sierpień 2008, 09:26
KUBICA PRZECHODZI DO FERRARI?
|
Niestety tytuł tej „blogowskiej” notki to póki co moje pobożne życzenia. Ale… czy tylko życzenia? Jestem pewien, ze nie. Jak znam życie, a znam, bo przecież przeżyłem już te 96 lat wszystko wskazuje na to, że przejdzie. Po pierwsze na razie z BMW nic więcej nie zwojuje. Owszem. Stajnia ta zrobiła w ostatnich latach imponujące postępy. Ale nie na tyle duże aby wygrywać. A Robert chce wygrywać!
Po drugie atmosfera… Jest ok. To fakt. W BMW Kubicę szanują. Ale czy lubią? Tego już nie wiadomo, choć po niektórych wypowiedziach członków zespołu BMW Sauber (włącznie z drugim kierowcą) a także po publikacjach – fakt, że tylko w brukowej prasie - można się domyślać, że nie za bardzo. Polak musi to czuć.
No i to polskie przedstawicielstwo BMW… Szkoda słów…
Wreszcie po trzecie i najważniejsze. Rober Kubica to w zasadzie pół Włoch. Tam dorastał, tam święcił swoje pierwsze triumfy. Tam jest uważany za swego, czego nigdy nie doświadczy zapewne w niemieckim teamie.
A więc to mamy ustalone. Robert na pewno chce przejść do Ferrari. Ba… kto by nie chciał zresztą :)
Teraz o realiach. A realia są takie, że… musi się zwolnić miejsce w stajni z Maranello. Czy się zwolni? Decyzje zapadną jeszcze w tym miesiącu.
No i kasa… W tej branży pieniądze są najważniejsze. Płacisz – wszelkie umowy, nawet długie umowy (a Polak umowę z BMW ma) można skorygować, zerwać, zmienić.
Reasumując to co powyżej napisałem… i to o czym jaskółki blisko „latające” wokół Roberta ćwierkają…
Kubica przejdzie do Scuderia Ferrari. To pewne. Jak nie w tym sezonie to w następnym. Kto się założy?
Jeżeli tak się nie stanie, jak się mylę to likwiduję swój blog i świat nigdy już nie usłyszy o „wieśniaku drogowym” :) Parę osób zapewne się ucieszy, choć zdecydowanej większości będzie wszystko jedno. No i bardzo dobrze…
|
|
Komentarzy:
10
|
|
środa, 06 sierpień 2008, 22:22
Z SIEKIERĄ NA CZŁOWIEKA
|
Mam bardzo złą wiadomość. Rusza coś co nazywa się piłkarska ekstraklasa. Wbrew nadziejom wszystkich normalnych ludzi na boiska znowu wybiegną pseudo piłkarze, którzy będą pokazywać pseudo umiejętności, pseudo kibice będą wulgarnie wyć podczas każdego pseudo meczu, po których (lub przed nimi) będą pseudo świętować (lub martwić się) mordując się nawzajem. A była nadzieja, że po tych wszystkich kompromitacjach działaczy, po klęsce na mistrzostwach Europy, po niezrozumiałych decyzjach pokorupcyjnych zaorze się wszystko to co nazywa się polska piłka nożna i zacznie tworzyć się ją od nowa. Od podstaw. Dlaczego to piszę. Bo przed chwilą przeczytałem o koszmarnym zdarzeniu w Katowicach. Oto na przystanku siedziała czekając na autobus grupa młodych ludzi podobno kibiców jakiejś tam pożal się Boże drużyny piłkarskiej. W pewnym momencie pod przystanek ten podjechały trzy samochody, z których wysiedli młodzi mężczyźni z… siekierami. Tak tak. Z siekierami! Wyjąc nazwę konkurencyjnego, nie mniej żałosnego klubu zaczęli tymi siekierami uderzać rywali. Rozumiecie? Siekierami! Przecież to się w głowie nie mieści! Jeden człowiek uderza drugiego siekierą tylko dlatego, ze kibicuje innej drużynie. Jak żyć w takim kraju?
|
|
Komentarzy:
12
|
|
czwartek, 17 lipiec 2008, 00:20
Kaczyński dostał łapówkę...
|
… i wygląda na to, że ją przyjął. Kaczyński prezydent. Lech znaczy się. A było to tak.
Jak wszem i wobec wiadomo Wasz prezydent (sorry, ale mój nie) ma lekkie rozdwojenie jaźni w sprawie traktatu lizbońskiego. Bo najpierw – po licznych konsultacjach telefonicznych z bratem - pomógł go stworzyć, później nie chciał podpisać, a na koniec – po odrzuceniu w referendum przez Irlandię uznał, że ratyfikacja jest bezprzedmiotowa więc nie ma czego podpisywać.
Co to ma wspólnego z motoryzacją, o której jest mój blog? Otóż wczoraj Polskę obiegła sensacyjna wiadomość. Prezydent Lech Kaczyński podczas wizyty w Paryżu u prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy ponoć ustalił co następuje: w zamian za to, że jednak wbrew swoim poglądom ratyfikuje traktat, którego jest współautorem Polska otrzyma… fabrykę Peugeota. Ma powstać pod Łodzią i zatrudnić kilka tysięcy naszych rodaków. Czyż to nie łapówka?
Ale pal sześć jak się to nazywa. Może to nie łapówka, a… dyplomacja. Tyle, że dyplomacja bez sensu.
No bo po pierwsze to nie prezydenci decydują gdzie powstają lub gdzie nie powstają fabryki. Decyduje o tym prosty rachunek ekonomiczny.
Po drugie o możliwości zbudowania fabryki samochodów (silników?) pod Łodzia nie wie nic… PSA czyli koncern Peugeot Société Anonyme. Nie tylko, że nie wie, ale i bardzo się dziwi.
I po trzecie Peugeot już kiedyś wytwarzał (choć to za dużo powiedziane) w Polsce samochody. Było to bardzo dawno temu, bo w roku 1993. W Lublinie montowano wtedy „czterysta piątki”. Od tego czasu jak diabeł święconej wody boi się jakichkolwiek inwestycji w naszym kraju.
No ale może Lech Kaczyński rzeczywiście załatwi nam fabrykę Peugeota? Jeżeli tak się stanie to uroczyście odszczekam to co powyżej napisałem.
Ale moim prezydentem nadal nie będzie.
|
|
Komentarzy:
26
|
|
niedziela, 15 czerwiec 2008, 22:16
Barany wywieszają flagi…
|
Oczywiście za to, co napiszę poniżej nieźle mi się oberwie od (niektórych) moich Czytelników. Ale niech tam… Byle krytyka była konstruktywna i na poziomie. Obelgi, prymitywne wyzwiska zostawcie na inne strony. Zresztą nie dla „kiboli” (czytaj bandytów) to piszę, a normalnych ludzi, którzy może i lubią piłkę nożną, ale nigdy przenigdy nikogo nie chcieliby z jej powodu, obrazić, pobić, wyzywać czy nawet zabić. Otóż śmieszy mnie „moda” wywieszania flagi narodowej na samochodach (zresztą na balkonach również, no ale rozumiem – przecież to jedynie sprytna reklama piwa). No bo niby dlaczego dekorujemy swoje auta „z okazji” mistrzostw Europy, podczas których nasza reprezentacja serwuje nam spektakl o żenującym poziomie a nie czynimy tego np. z okazji święta 3 maja? Dlaczego ten „barani” zryw pojawia się na cześć piłkarzy, którzy potrafią jedynie efektownie pluć na murawę, a których pożal się Boże występ na austriackich stadionach wyzwala najbardziej prymitywne instynkty, które kompromitują nasz naród w oczach świata? Czy ktoś może mi to wytłumaczyć?
|
|
Komentarzy:
79
|
|
wtorek, 29 kwiecień 2008, 08:33
Policja: Nam wolno!
|
Na początek krótkie oświadczenie. Nic nie mam przeciwko policji i jej pracy. Szanuję ją, a często podziwiam. Policjanci w przeważającej większości wzorowo wykonują swoje obowiązki. Jestem o tym przekonany. Ale z jednym nie mogę się pogodzić. Że sami podczas służby czasami świadomie łamią przepisy. A przecież także ich obowiązuje prawo. Kilka dni temu widziałem jak policyjny patrol krakowskiej "drogówki" zaparkował radiowóz na pasie służącym do włączania się do ruchu i z tej "pozycji" kontrolował przejeżdżające samochody. Pstryknąłem im zdjęcie i zapytałem jednego z funkcjonariuszy dlaczego właśnie tak a nie inaczej zaparkował samochód. Odpowiedź była krótka. Nam wolno. Ale czy na pewno? |
|
Komentarzy:
10
|
|
wtorek, 29 kwiecień 2008, 00:09
Precz z piłką nożną!
|
Już niebawem dojdzie do „konfrontacji” kibiców piłki nożnej i kibiców sportów samochodowych. W czerwcu w ten sam dzień, o tej samej godzinie odbędą się dwa spektakle sportowe - piłkarski mecz polskiej reprezentacji w ramach mistrzostw Europy i kolejne Grand Prix Formuły 1 z udziałem Roberta Kubicy. Wszyscy, którzy interesują się występami Polaków na arenach międzynarodowych będą więc musieli dokonać wyboru. Co oglądać w TV: piłkarzy, czy kierowców? Ja takiego wyboru nie będę musiał dokonywać. Oczywiście wybiorę Kubicę. I jestem przekonany, że większość czytelników mojego bloga zrobi to samo. Ba. Więcej nawet. Mam nadzieję, że takiego dylematu nie będzie miał nikt, bo do tego czasu polska reprezentacja kopaczy będzie rozpędzona na cztery strony świata, nasze skorumpowane do cna kluby piłkarskie na amen rozwiązane, a ci, bandyci niby-kibice pozamykani w więzieniach. Mam nadzieję, że do czerwca nie będzie już w Polsce w dotychczasowej formie piłki nożnej i struktur z nią związanej. Nie będzie prymitywnych kiboli mordujących się nawzajem, nie będzie „działaczy” o komunistycznym rodowodzie i – co najważniejsze – nie będzie klubów, zalążka wszystkiego co złe w piłce nożnej. Mrzonki? Oczywiście tak. Prowokacja? Jak najbardziej. Ale mam dość oglądania kretynów nieudolnie biegających za piłką (w zasadzie potrafią tylko pluć na boisko – zauważyliście tą „manierę” piłkarzy?). Mam dość wulgarnego wycia zwanego dopingiem. Mam dość czytania na murach szpecących miasta pisanych przez umysłowych analfabetów haseł „promujących” jedną drużynę, a dyskredytującą inną. Niech to co powyżej napisałem będzie moim prywatnym protestem. Protestem „wieśniaka drogowego”, który tylko w taki sposób może wyrazić sprzeciw wobec tego co dzieje się wokół polskiej piłki nożnej. Trzymam kciuki za Kubicę!
|
|
Komentarzy:
10
|
|
poniedziałek, 17 marzec 2008, 23:58
Kubica gut, auto kaputt
|
Polskie fobie niemieckie, które podgrzewa co rusz pewien sfrustrowany polityk jak słyszę i czytam przechodzą także na kibiców. Konkretnie na kibiców Kubicy. Gdy w ulubionym przeze mnie serwisie motoryzacyjnym czytałem te wszystkie komentarze pod tekstami o Grand Prix Formuły 1 w Australii to za przeproszeniem flaki mi się skręcały. Spora grupa komentujących wypisywało bowiem dyrdymały w stylu Niemcy chcą zniszczyć karierę Kubicy. Wygląda na to, że według tych pożal się Boże fanów Roberta BMW-Sauber specjalnie zatrudniło Polaka za grube miliony tylko po to, aby go upokorzyć, aby upokorzyć nas, Polaków. Śmiać sie czy płakać? Najgorsze, że spiskową teorię dziejów serwował telewidzom także Zientarski senior w programie poświęconym Formule 1 podsycając nastroje, o których powyżej. Wtórował mu Maciej, ale nie jego syn, który walczy o życie po straszliwym wypadku, ale objawiony niespodziewanie nowy ekspert od tego sportu, czyli Dowbor, syn Katarzyny. Formuła 1 to nie tylko najdroższy sport świata. To także sport skomplikowany. Raz taktyka przygotowywana na dany wyścig wypali, innym razem nie. W przypadku Kubicy w Australii nie "wypaliła". Ale nie martwicie sie drodzy kibice pierwszego w historii Polaka w F1. Jeszcze cieszyć sie będziemy wspólnie z jego sukcesów. I to nie "wbrew" zespołowi BMW-Sauber, ale dzięki BMW-Sauber. I... dzięki talentowi Roberta. Bo Polak jeździć potrafi znakomicie. Jest bardzo dobry, choć czasami zawodzi jego bolid. Słowem Kubica is gut, aber auto kaputt...
|
|
Komentarzy:
13
|
|
poniedziałek, 10 marzec 2008, 09:23
Dlatego bo uciekał BMW?
|
Podczas weekendu przetoczyła się przez media sensacyjna wiadomość. Porwano dziecko. I na dodatek prawdopodobnie wywieziono je poza granice naszego kraju. Straszne. Postawiono na nogi pół naszej dzielnej policji. Ba… W pościgu za porywaczem poderwano w powietrze nawet helikopter. Bandyta uciekał BMW. Widać musiał to być strasznie groźny bandyta. Samochodami tej marki nie jeżdżą przecież przyzwoici ludzie ;)) Blokady na drogach, komunikaty w telewizji i na stronach internetowych… Przestępca (przestępcy) pokazani zostali całej Polsce. Przedstawiono ich z imienia i nazwiska. Opublikowano wizerunki (sic!). Tymczasem… Tymczasem sprawa małego Aleksa, choć smutna, to „normalna”, rodzinna awantura jakich wiele. Ot ojciec pokłócił się z matką jego dziecka, powiedział pewnie, że od dzisiaj to on będzie się nim zajmował do czego ma przecież prawo i odjechał wraz z nim do Belgii gdzie mieszka. Typowa sprawa dla sądu rodzinnego. Po co w to mieszać policję, helikoptery i media dalibóg nie wiem. Nie wiem także na jakiej podstawie prokuratura zezwoliła na opublikowanie zdjęć domniemanych porywaczy. Aż do wyroku sądu (a często także i po) ukrywa się twarze wszelkiej maści prawdziwych przestępców, morderców, gwałcicieli, i pijanych sprawców tragicznych wypadków. A tu proszę. Cała Polska dowiedziała się, nie tylko, że porywacz jest niski, że jeździ BMW, ale także jak wygląda. Najrozsądniej w tej tragikomedii zachowała się policja belgijska. Zatrzymała „porywacza”, wysłuchała co ma do powiedzenia i puściła wolno. Ośmieszając przy okazji nasz system sprawiedliwości.
|
|
Komentarzy:
8
|
|
sobota, 19 styczeń 2008, 01:36
Pewien naturalny odruch...
|
Projekt ustawy zakazującej palenia m.in. w szpitalach, szkołach na wyższych uczelniach, a także w barach i restauracjach jeszcze w styczniu trafi do sejmowej Komisji Zdrowia. Niestety raczej nie będzie w tym projekcie zakazu palenia papierosów podczas prowadzenia samochodu. Dlaczego niestety? Na początek oświadczenie. Nie palę. Ale rozumiem potrzeby innych. Jeżeli ktoś ma ochotę truć się nikotyną - proszę bardzo. Byle nie przeszkadzało to innym. Na wielu europejskich lotniskach powstały już szklane "klatki" dla palaczy. W wielu firmach wydzielono specjalne pomieszczenia. I jest ok. Tak też powinno być w Polsce. Teraz sprawa palenia w samochodach. Powinien być zakaz! Całkowity. Nie tylko podczas prowadzenia samochodu. Nie tylko z powodu bezpieczeństwa. Także w związku z fatalna "manierą palaczy" - nie korzystania z popielniczek. 99 procent palących w samochodach (dotyczy to także pasażerów) wyrzuca niedopałki za okno. To dla nich naturalny odruch. Dla palących policjantów, dla taksówkarzy, dla polityków, aktorów i każdego palącego śmiertelnika. Pet za okno a nie do popielniczki. Czy próbowaliście kiedykolwiek zwrócić uwagę takiej osobie zaśmiecającej ulice? Reakcja zawsze jest taka sama - święte oburzenie, wyzwiska i pukanie się po głowie. Przecież niedopałek się błyskawicznie rozkłada, przecież wszyscy wyrzucają, przecież nie będą sobie brudził auta... Dlatego trzeba zakazać palenia w autach. Pozdrawiam. "Wieśniak drogowy" .
|
|
Komentarzy:
13
|
|
sobota, 19 styczeń 2008, 01:30
Dostać czymś takim
|
Uwaga mamy postęp. Podobno minęły już czasy, w których różnej maści bandziory jeździły z kijami bejsbolowymi pod siedzeniami swoich samochodów lub ewentualnie w bagażniku. Teraz "wypada" wozić tam też kij, ale... golfowy. To zdecydowanie bardziej elegancko dostać czymś takim "łomot - poinformował mnie pewien dżentelmen (dwa metry wzrostu, absolutny brak szyi i takie tam...) kiedy nieopatrznie zwróciłem mu uwagę, że na czerwonym świetle trzeba się zatrzymać, a nie jechać. Dostaniesz kijkiem i po sprawie. Będzie krótka piłka wieśniaku (skąd u licha on wiedział?). Następnie padły słowa typu (...) oraz (...) i (...). Wystrzegajcie się więc golfa. Może być groźny. Wasz "wieśniak drogowy". PS. Aha. Zaprzyjażnionej redkacji serwisu Motoryzacja na www.interia.pl podeślę dość interesujące moim zdaniem zdjęcie. Przedstawia wrak jakiegoś samochodu. Nie znam się, więc nie wiem co to za marka, ale właśnie czymś takim, choć w ciut lepszym stanie podróżował ów miłośnik kijów golfowych. |
|
Komentarzy:
1
|
|
poniedziałek, 23 lipiec 2007, 15:58
To działania „pod publiczkę”…
|
Z zapartym tchem i z przerażeniem śledziłem wszystkie doniesienia dotyczące tragedii, jaka rozegrała się we Francji. Kilkukrotnie, jako kierowca miałem okazję podróżować drogą między Gap a Grenoble, tym bardziej poczułem się wstrząśnięty tą informacją. Po długiej przerwie postanowiłem więc wrócić do swojego bloga i napisać jak bardzo zaskoczyła mnie nieudolna, moim zdaniem, reakcja polskich władz. Otóż, dopóki media nie podały, że na miejsce katastrofy udaje się właśnie prezydent Francji, pan Nicolas Sarkozy, żaden z polskich polityków nie pokusił się nawet o wydanie jakiegokolwiek oświadczenia. Dopiero, gdy wszystkie światowe agencje skupiły się na tym, jakże tragicznym, wydarzeniu, rządzący zdali sobie sprawę z powagi sytuacji. Zorganizowano ówczesnemu Panu Premierowi (Prezydentowi - przepraszam za pomyłkę, ale oni tacy podobni...) przelot do Francji a minister Piecha poleciał by zaopiekować się rannymi (po co?). Szanuję i doceniam zorganizowanie przelotu do Grenoble dla członków rodzin pasażerów rozbitego autokaru oraz obietnice wsparcia finansowego. Mam jednak wrażenie, że po „przespanym” starcie pewne reakcje są grubo przesadzone. Moje wątpliwości budzi zwłaszcza ogłoszenie przez Pana Prezydenta trzydniowej żałoby narodowej. Nie chciałbym, broń Boże, umniejszać rozmiarowi tej tragedii, ale to nie pierwszy wypadek polskiego autokaru zagranicą i nie po raz pierwszy w tego typu okolicznościach zginęli ludzie. 26 ofiar śmiertelnych to przerażający bilans, ale bywają weekendy, w czasie których na drogach Polski ginie dwa, a nawet trzy razy więcej osób i wówczas mówi się jedynie o „czarnym weekendzie”. Zapowiadane przez ministra Polaczka zmiany w systemie prawnym także do mnie nie przemawiają. Ofiarom życia one nie przywrócą, za to uprzykrzą je przewoźnikom i zawodowym kierowcom. A może zamiast zmieniać przepisy, lepiej byłoby zająć się respektowaniem tych już istniejących? A nie działać „pod publiczkę”?
|
|
Komentarzy:
87
|
|
poniedziałek, 19 luty 2007, 09:14
Moto-partia czyli słomiany zapał
|
To było wiadome od razu. Narzekamy, krytykujemy, wściekamy się. Ba. Nawet popieramy. Jesteśmy pełni entuzjazmu. I zapowiadamy, że się zapiszemy. I co? I nic. Guzik z pętelką. Jak przychodzi co do czego chętnych brak. O czym piszę? O Partii Kierowców. O partii, której nie ma. A mogła być. Nadal zresztą może być. Potrzeba tylko podpisów… Zaledwie 1000 podpisów… Wszyscy mamy dość jazdy po dziurawych drogach, bzdurnych przepisów i chcielibyśmy znaczących zmian idących w kierunku lepszego. Ale czy na pewno? Obawiam się, że w naszym narodzie stosunkowo głęboko zakorzeniony jest tzw. SŁOMIANY ZAPAŁ. Przekonaliśmy się o tym bardzo mocno. W celu rejestracji Partii potrzebnych jest ponad 1000 podpisów osób ją popierających. Pomimo ogromnego odzewu po publikacji w serwisie Motoryzacja na Interii (to tu: http://motoryzacja.interia.pl/szukaj/news/zapiszesz-sie-do-partii-kierowcow,780484 – przyp. WD) otrzymaliśmy zaledwie około 300 głosów poparcia – pisze do mnie jeden z pomysłodawców partii kierowców. I dodaje: Jak zatem możemy zmienić coś na lepsze w naszej wspólnej sprawie? W końcu nie wystarczy tylko głośno krzyczeć. Czasem trzeba się ruszyć i coś zrobić żeby było lepiej. Może znajdzie się w końcu garstka osób, która chce coś zrobić? Może z „biernych kierowców” zrobimy się bardziej aktywni? Jako, że jestem tylko wieśniakiem, i to starym wieśniakiem (drogowym), nie będę aktywnym działaczem Partii Kierowców. Ale zapisze się. Bo narzekanie i nic nie robienie pomimo moich 94 lat nie leży w mojej naturze. A dla tych moich Czytelników, którzy myślą podobnie jak ja podaję adres, gdzie mogą zgłosić chęć zapisania się do tej partii. kierowcy@interia.eu
|
|
Komentarzy:
15
|
|
piątek, 09 luty 2007, 09:11
„Ryś”. 43 minuta
|
Czasami bywa tak, że nawet 94-latek ma ochotę na rozrywkę. Nie żeby za często, ale od czasu do czasu… Wtedy kiedy nie łamie w kościach, na ulicach nie jest za ślisko i takie tam… Dlatego też…
Stanisław Tym to fajny gość. Uwielbiam jego poczucie humoru. Postanowiłem więc – po raz pierwszy od wielu wielu lat – pójść do kina na polski film. Skorzystałem z zaproszenia na przedpremierowy pokaz „Rysia”, rozreklamowanego już gdzie się da jako pewny szlagier kinowych ekranów. A reklamowany jest w ten sposób: „Uwaga uwaga, „Ryś” to nie „Miś. Te filmy nie mają ze sobą nic wspólnego”. I tu najczęściej puszcza się „oko”. Jak to słyszę przypomina mi się pewna knajpka chyba w Madrycie (no cóż, wiek już nie ten, więc nie pamiętam… może to była Lizbona?) z dużym szyldem „Tutaj jadał Hemingway”, a tuż obok inna z napisem: „Tutaj nigdy nie jadał Hemingway”. Ludzie drzwiami i nogami walili do tej… drugiej :) Ale wróćmy do kina. Byłem pewny, że zabawa będzie przednia, że zrelaksuję się na świetnej komedii, bo za moich, peerelowskich czasów „Miś” to był kultowy film. Zresztą kultowym pozostał do dzisiaj… Niestety. Rozczarowałem się. I to bardzo. „Ryś” – według mnie – to strasznie głupi, tandetny i bez poczucia humoru film. Nie wiem doprawdy z czego ludzie, którzy siedzieli koło mnie śmiali się (niezbyt często zresztą). Z tego, że ktoś się jąka i aby być dobrze zrozumiany śpiewa, bo wtedy się nie jąka? Ok. A może z tego, że starszy pan Jarząbk (zbieżność nazwisk przypadkowa :) ) skacze jak na trampolinie wychodząc ze stadionu klubu „Tęcza”? Nie wiem. Doprawdy nie wiem co w „Rysiu”, który nie jest kontynuacją „Misia” może się podobać… Mnie nie podobało się nic… Tak było do 43 minuty seansu. Wtedy to podjąłem desperacką decyzję wyjścia z kina… Czekałem tylko aby obraz ekranu nie rozświetlał za bardzo sali, w której pełno było znajomych. Po co mają widzieć, że nie potrafię docenić tak znakomitego filmu... I tak pokazują mnie palcem, że jakiś dziwny jestem… W 45 minucie zrobiło się na tyle ciemno, że nie zauważony przez nikogo (przynajmniej taką mam nadzieję) przemknąłem do wyjścia…
PS. Jako, że jestem „wieśniakiem”, a dokładnie wieśniakiem drogowym zauważyłem w „Rysiu” wątek motoryzacyjny... Główny bohater, prezes klubu "Tęcza" Ryszard Ochódzki poruszał się bardzo ładnym i eleganckim, ale niezbyt często spotykanym na polskich drogach samochodem marki Kia Magentis. Zresztą ukradli mu ten samochód, a chwilę potem oddali. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Gdybym został do końca pewnie bym się dowiedział… Ale pewne to nie jest.
|
|
Komentarzy:
14
|
|
niedziela, 04 luty 2007, 01:17
Kierowcy z bocznego siedzenia
|
Ciekawe, czy przeprowadzono kiedykolwiek badania, które ustaliłyby przyczyny zdenerwowania osób za kierownicą samochodu. Stawiam mercedesa clk przeciwko trabantowi limuzynie, że jednym z najważniejszych powodów irytacji, wymienionych przez ankietowanych, byłby siedzący obok mąż (żona). Trzeba bezbrzeżnego zaufania lub kompletnej ignorancji, aby powstrzymać się od doradzania siedzącemu za kółkiem ślubnemu (ślubnej). Przyjęło się uważać, że bardziej marudni są w tej roli mężczyźni (prawdę mówiąc lepsze, lecz nieco niecenzuralne byłoby na określenie tej sytuacji słowo zaczynające się na u, a kończące na iwi), jednak i tutaj daje o sobie znać postępujące równouprawnienie płci. Żony też bywają niezmiernie dokuczliwe. Amerykanie, a może Brytyjczycy ukuli specjalny termin, określający takich ludzi i takie zachowania: back-seat drivers. Kierowcy z bocznego siedzenia. Dla uproszczenia, dalej posłużymy się skrótem - KzBS. KzBS cały czas uczestniczą w prowadzeniu auta. Dobrze, gdy ograniczają się do udzielania pożytecznych rad. Gorzej, jeśli próbują „pomagać”, naciskając wyimaginowane pedały, pochylając się, by sprawdzić, czy „prawa jest wolna” itp. Zupełnie źle, gdy łapią niespodziewanie za kierownicę lub dźwignię hamulca ręcznego. KzBS bywają adwokatem nadzorowanego przez siebie kierowcy, bezlitośnie krytykując innych użytkowników dróg („Widziałeś tego bałwana? Skręcił bez migacza!”), ale także jego surowym recenzentem („Ty nigdy nie nauczysz się jeździć!”). Gdy dojdzie do kolizji, wysiadają z triumfalnym: „A nie mówiłem!” (mówiłam). KzBS, obserwując niezliczone błędy popełniane przez kierowcę właściwego, są zdziwieni, jak udaje im się dotrzeć do celu wtedy, gdy podróżują samotnie. KzBS pracują równie ciężko jak piloci rajdowi. Nieustannie rzucają krótkie komendy: hamuj - „rura” - zakręt - zielone - czerwone - policja - dziury - jesteś na podporządkowanej - przejdź na dwójkę - włącz długie - puść go, niech wyprzedza - sprzedają arbuzy, zatrzymaj się! Niestety, rzadko udaje się im zapamiętać nazwę miejscowości i odległość na mijanym drogowskazie. We krwi KzBS buzuje adrenalina, cierpią oni wskutek napięcia mięśni i dolegliwości żołądkowych. Zdarzają się biegunki na tle nerwowym i nagłe uderzenia potów. Na mecie KzBS są całkowicie wykończeni. Na zjawisko KzBS nie ma właściwie rady. Pomogłoby zostawienie „przez roztargnienie” w domu, ewentualnie szczelne zakneblowanie i przymocowanie do fotela dodatkowym pasem bezpieczeństwa. Takie rozwiązanie rzadko jednak wchodzi w rachubę ze względów rodzinnych. Pozostaje uzbroić się w świętą cierpliwość lub... dyskretnie poczęstować przed podróżą środkami nasennymi. A może masz inne sposoby?
|
|
piątek, 26 styczeń 2007, 22:05
Tramwajem po Lizbonie...
|
i...
|
|
Komentarzy:
10
|
|
wtorek, 23 styczeń 2007, 01:29
Po co popycha się piasek?
|
Zauważyłem go jak popychał piasek. Nie wiedziałem po co to robi. Podszedłem bliżej. Nie popychał pisaku. Popychał małą śniętą rybkę… Miała być przynętą. Był stary, zniszczony życiem… Nie rozumiał co do niego mówię.. A może nie chciał rozumieć? Byłem obcy…
Przyszedł łowić ryby… Wziął swoją ogromną wędkę i zarzucił… Obserwowałem go przez chwilę… Szczęśliwy a może nieszczęśliwy człowiek? Szczęśliwy bo nie wie o wojnie w Iraku, głodzie w Korei Północnej, umierającym Castro, pani Clinton, która chce być prezydentem i kretynach rządzących Polską… Nie wie nic o otaczającym go świecie. O chorobach, wojnach, korupcji… Jest szczęśliwy bo może łowić ryby na wzburzonym oceanie… Nieszczęśliwy? Bo nic nie złapie. Bo jest zniszczony życiem… Bo nikt na niego nie czeka… Jest sam na sam z oceanem… I rybami… Ale i one go nie chcą… Nic nie złowi znowu…
|
|
wtorek, 16 styczeń 2007, 08:41
Włodzimierz Cimoszewicz. Złota myśl:
|
| "Umiejetnie miesza ona fakty prawdziwe z nieprawdziwymi" |
|
Komentarzy:
17
|
|
środa, 10 styczeń 2007, 04:23
Fajny blogasek czyli wpadnij do mnie...
|
Refleksja. Niepopularna. Ale nich tam... Juz wiem. Autorzy blogow to towarzystwo wzajemniej adorcji. I... autoreklamy. Nie wierzycie? No to poczytajcie sobie ponizej. To tylko kilka przykladow maili i komentarzy do mnie, czyli wiesniaka drogowego...
(...) Ja też założyłam sobie bloga, ale mój blog nie umywa się do Twojego .Zresztą sam możesz to ocenić,jeśli zechcesz zajrzeć na moją stronkę (...) Zapraszam (...). Standard. Najpierw pochwala, pozniej zaproszenie. Takich jest najwiecej. *** Całkiem miło piszesz (...) Jak się nudzisz w wieku 94 lat, zapraszam na mojego bloga (...). Problem w tym, ze pomimo 94 lat nie nudze sie. Czyli nie musze skorzystac z zaproszenia? Uff... *** (...)siema jak mozesz to wpadnij na mój blog według mnie jest fajny twój tez niczego sobie :D masz zdecydowanie za duzo tekstu i głupie filmy jaki masz sens i cel w tym glogu ???? dozuc swoje zdjecie bedzie lepiej(...) To w moim rankingu komentarz numer jeden. Jest glupio, ale fajnie. :))) *** (...)Blog jest bardzo fajny! Trudny sie dziwic ze taki popularny pozdrawiam i zapraszam do siebie! Napewno polece komus twoj blog(...). Obiecanki cacanki... *** (...)Hey. Niezły blog, popularny. Ciekawe notki. Zapraszamy do innego troszke swiata. Wejdź i pozostaw po sobie jakis ślad:). W tym wypadku nie wystarczy "wejsc". Trzeba zostawic slad. Wymagania jak widac rosna... Az boje sie co bedzie dalej...
ps. Przepraszam za brak polskich literek. Nie mam ich tu...
|
|
Komentarzy:
31
|
|
poniedziałek, 08 styczeń 2007, 01:31
Polując na nówkę
|
Jak powszechnie wiadomo, w życiu zmotoryzowanego są dwie szczęśliwe chwile: pierwsza, gdy kupuje samochód, druga, gdy udaje mu się go później sprzedać… No więc stało się, stare auto „poszło między ludzi”. Radośni, z gotówką na koncie (dlaczego jej tak mało, czy naprawdę po sześciu latach samochód aż tyle traci na wartości?!) zaczynamy rozglądać się za następcą. Według sondaży, czterech na pięciu Polaków planujących zakup samochodu myśli o pojeździe z drugiej ręki. Wybór wydaje się olbrzymi. Właśnie – wydaje się, bowiem ilość nie idzie w parze z jakością. Znajomy właściciel komisu przyznaje w chwili szczerości: „Mam na placu trzysta aut, ale ani jedno nie nadaje się, by je z ręką na sercu polecić znajomemu”. I przestrzega: „Nie wierz Pan w żadne tam tzw. oryginalne przebiegi i zapewnienia o bezwypadkowości; w tej branży nie ma zlituj się, każde auto jest robione pod klienta”. Przesada? Być może. Tak czy inaczej zapada decyzja – żadnych podejrzanych rzęchów, tylko nówka; trudno, niech kosztuje. Zadanie pozornie jest dziecinnie łatwe, zważywszy beznadziejny zastój na rynku nowych samochodów. Nic, tylko wybierać, przebierać i grymasić. I znowu jednak okazuje się, że pozory mylą. Salon marki X, sygnującej pojazdy, o które, jeśli ufać reklamom, ludzie biją się, nie szczędząc rękawów marynarek i guzików od żakietów. Bitwa musiała prawdopodobnie rozegrać się gdzie indziej, bo tu nie widać jakichkolwiek śladów zmagań. Jest pusto i cicho. Prawdę mówiąc - ani żywego ducha, nie wyłączając sprzedawców. Rzut oka na jedno lśniące cacko, krótka przymiarka do drugiego, chwila zadumy nad wywieszką z cenami. I w drogę. Dealer A marki Y. W jej przypadku, jak pokazują emitowane w telewizji filmiki, klienci ponoć tratują się w oczekiwaniu na otwarcie drzwi salonu, za którymi kuszą ich superoferty. Chyba byli jednak wcześniej i już sobie poszli, bo w przestronnym wnętrzu nie ma nikogo. Po dłuższej chwili pojawia się mężczyzna w służbowym garniturze i zaczyna gorąco namawiać do kupna… jednego z używanych samochodów, stojących na parkingu. Naprawdę świetny wóz. Stan idealny, wyposażenie full wypas. Ciemno? Zimno? Nic nie widać? Nie ma problemu. „Jeżeli tylko są Państwo zainteresowani, wprowadzę auto do salonu”. Dziękujemy, państwo zainteresowani nie są. W przeciwieństwie do dwóch wyżej wymienionych, w salonie dealera C marki Z panuje ożywiony ruch. Zaaferowani pracownicy szybkim krokiem przemieszczają się z jednego oszklonego boksu do innego, przenoszą jakieś papiery, gdzieś telefonują. W żaden sposób nie narzucają się potencjalnemu klientowi. Więc klient też się narzuca… Centrum handlowe. Długonoga hostessa zachęca do obejrzenia eksponowanego w ruchliwym miejscu samochodu marki U. Służy ulotkami. Zapytana o różnice między poszczególnymi wersjami wyposażenia, stwierdza, że są one… duże. Niestety, szczegółów nie zna, nie została przeszkolona. Cóż, gawędziło się całkiem miło… W salonie dealera D. marki J. jest już znacznie lepiej. Kompetentny pracownik cierpliwie i rzeczowo odpowiada na pytania. Jest skłonny do ustępstw cenowych. Zdecydowanemu dorzuci jakiś gadżet. Jazda próbna? Z tym gorzej. Na pewno nie dzisiaj, może w sobotę. „Zadzwonię w piątek, to się umówimy”. Dealer E. marki G. Kombi? Tak się składa, że akurat takiej wersji tego modelu w salonie obecnie nie posiadamy. Prawdę mówiąc nie mamy żadnej wersji. Ale ma kierownik, prywatnie. Można go obejrzeć. To znaczy samochód, nie kierownika. „Oddzwonię, kiedy to będzie możliwe”. Nie oddzwania. Telefonują za to od dealera D. w sprawie jazdy próbnej. Pięć dni później, niż obiecywali. A może zatem jednak samochód używany?
|
|
Komentarzy:
8
|
|
czwartek, 04 styczeń 2007, 20:30
Pseudokierowcy...
|
Dawniej byli to kibice sportowi, obecnie są także tacy, których prasa nazywa pseudokibicami, jako że główną ich cechą nie jest zainteresowanie sportem, ale specyficzny styl zachowania. Są brutalni, agresywni, niebezpieczni dla otoczenia, nie szanujący prawa itd. Podobne cechy dostrzec można wśród niektórych kierowców samochodowych, zwłaszcza młodszych i z niedługim stażem. Proponowałbym więc wprowadzenie dla nich - per analogiam - określenia pseudokierowcy. Bo cóż z tego, że mają legalnie wydane prawa jazdy, że opanowali umiejętności potrzebne do prowadzenia auta, że znają przepisy itd.? Od prawdziwych kierowców odróżniają się - podobnie jak pseudokibice od kibiców - agresywnością, lekceważeniem przepisów prawa oraz zasad współżycia i w ogóle chamstwem. A dla otoczenia są jeszcze niebezpieczniejsi, bo pseudokibiców łatwo zauważyć i można (a nawet trzeba) przezornie zejść im z drogi, natomiast pseudokierowcy działają w pojedynkę i ujawniają swoje złe - a często wręcz zbrodnicze - skłonności nieoczekiwanie. Znienacka zajadą ci drogę, wymuszą pierwszeństwo, wyprzedzą "na chama" lub w jakikolwiek inny sposób narażą na niebezpieczeństwo. Ustrzec się przed nimi trudno. Pseudokibiców nazywa się też szalikowcami, ponieważ noszą te emblematy swojej przynależności. Czy nie można by w podobny sposób oznakować pseudokierowców? Oczywiście żaden z nich sam tego nie zrobi, ale widziałbym pewien sposób. Kierowca przyłapywany stale na takich chamskich ekscesach powinien nie tylko dostawać punkty karne, ale też mieć wpisywane do prawa jazdy określenie "Pseudokierowca", co zobowiązywałoby go do specjalnego oznakowania samochodu. Przyłapany bez tego oznakowania - traciłby prawo jazdy.
|
|
niedziela, 31 grudzień 2006, 23:59
2007 :)))
|
 |
|
Komentarzy:
7
|
|
niedziela, 31 grudzień 2006, 10:57
Ot takie refleksje z podróży z Krakowa do Warszawy
|
Do niedawna pracowały wyłącznie przy głównych szlakach komunikacyjnych i blisko granic państwa. Od pewnego czasu rozprzestrzeniły się po całym kraju. Tak się dzieje zawsze, gdy wskutek nadmiernego wzrostu liczebności populacji traci ona możliwość wyżywienia się w danym ekosystemie. Wówczas najbardziej przedsiębiorcze osobniki wyruszają w poszukiwaniu nowych rewirów.
Zasada ta dotyczy wilków, lecz i "tirówek" (warto zauważyć, że oba gatunki występują najobficiej na obszarach leśnych). W tym drugim przypadku chodzi także o wyjście naprzeciw popytowi.
"Tirówek", w przeciwieństwie do wilków, nie obejmują żadne okresy ochronne. Od czasu do czasu policja organizuje na nie obławy, zmobilizowana nagonką lokalnych aktywów. Wypłoszone z lasu okazy są przewożone do komisariatów, gdzie zaczynają się kłopoty, ale dla organów ścigania i porządku. "Tirówki" legitymują się bowiem z reguły zagranicznymi paszportami i mówią wyłącznie w obcych, choć słowiańskich językach. W pracy im to nie przeszkadza, lecz w obliczu funkcjonariuszy tracą umiejętność komunikowania się z mężczyznami.
Podjęcie jakichkolwiek czynności prawnych wymaga ściągnięcia tłumacza z bułgarskiego czy starocerkiewnego. Drugi problem jest poważniejszy. Polega na trudnościach ze znalezieniem przeciwko "tirówkom" odpowiedniego paragrafu. W jednym z województw usiłowano zarzucić im, że stwarzają zagrożenie dla bezpieczeństwa ruchu drogowego. Od tej chwili zaczęły ubierać się bardziej jaskrawo niż służby drogowe - fluorescencyjnie zielone bluzeczki, transparentowo czerwone szorty itp. Argument przepadł, a dziewczyny na przebraniu zyskały nawet marketingowo.
Podobnie nieskuteczne okazują się próby udowodnienia "tirówkom", że pracują w Polsce bez zezwolenia. Prostytucja nie jest przecież u nas traktowana jako normalne zajęcie zarobkowe. W wypadku oficjalnego usankcjonowania musiałaby zostać objęta ogólnymi zasadami: bhp, podatki, płatne urlopy itp.
Co można zatem zrobić? Nie zwracać na "tirówki" uwagi. W końcu nie ma im czego zazdrościć. Stoją pod gołym niebem w deszczu i na mrozie, narażają się na niechęć otoczenia, lwią część ciężko zarobionych pieniędzy muszą oddać "opiekunom". Jeżeli chce się je przegonić, to najlepiej piętrzeniem trudności logistycznych.
Można wprowadzić na przykład obowiązek posiadania identyfikatora ze zdjęciem, kontrolować zaplecze sanitarne, wzywać na lekarskie badania profilaktyczne. Hałaśliwe akcje represyjne niewiele dają. "Tirówka" zawsze się wytłumaczy, że chciała podjechać do miasta autostopem, od pierwszego wejrzenia zakochała się w kierowcy, złożyła mu na miejscu dowód miłości, a on wsparł ją datkiem pieniężnym. Na nową bluzkę w kolorze wściekłego różu. (Ot takie refleksje z podróży z Krakowa do Warszawy i – na szczęście - z Warszawy do Krakowa).
|
|
czwartek, 28 grudzień 2006, 00:47
Renifer i brzuchomówca
|
Kilka dni temu z prywatnej hodowli nieopodal Wielkiej Krokwi (to w Zakopanem jakby ktoś nie wiedział) uciekły trzy renifery. Dwa zawędrowały aż na Halę Kondratową, a następnego dnia same - ku zdumieniu zakopiańczyków - wróciły do zagrody. Trzeci renifer cały czas chodzi sobie po Tatrach. Widział go ktoś? Jeżeli tak to uprzejmie prosi się o nieinformowanie o tym nikogo. Niech sobie renifer żyje na wolności. Z ostatniej chwili. Jak informują niektóre media renifer ten postanowił wrócić do Finlandii. Podobno nie spodobało mu się to, że w Polsce nie ma śniegu a za to są wilki. O politycznych przyczynach chęci powrotu do swojej ojczyzny nie chciał się wypowiadać, ale jak twierdzą niepotwierdzone źródła zdecydowała informacja o pewnym brzuchomówcy działającym w bliskim otoczeniu wicepremiera Leppera. |
|
Komentarzy:
9
|
|
środa, 27 grudzień 2006, 11:23
Grecja przed chwilą...
|
Tak wygląda grecki port w grudniowy poranek...
|
|
Komentarzy:
8
|
|
niedziela, 24 grudzień 2006, 12:30
Pędzimy…
|
Świat jest w ruchu. Wciąż pędzimy… Dokąd? Po co? Za pieniędzmi? Karierą? To ulotne… Liczą się inne rzeczy… Wiemy o tym. Ale wciąż pędzimy… Czas umyka. A my pędzimy… Może dzisiejszy dzień skłoni nas do refleksji? Może warto zwolnić? Pomyśl o tym oglądając ten film jaki znalazłem na Interi…
|
|
Komentarzy:
11
|
|
sobota, 23 grudzień 2006, 17:02
Czy jestem Noobem?
|
Oto jeden z sympatycznych komentarzy na temat mojego bloga. Taki świąteczny wpis… Chciałbym widzieć jak autor tego bloga sprawuje się za kółkiem. Najczęściej takie cioty, które nie potrafią jeździć samochodem i wszystko im nie pasuje bo po prostu są cieńcy zakładają tego typu blogi i na nich bezkarnie piszą ze to drogi są złe że inni są bee że policja ich karze itp. Podejrzewam ze autor tego blogu za kierownicą jest zwykłym NOOBEM.
|
|
Komentarzy:
23
|
|
czwartek, 21 grudzień 2006, 22:36
Nur Fliegen ist schöner
|
Mam wizę :). Niedługo już bedę pływał :))). Tak jak na filmie. Hip hip hurra :). Ocean i Kate czekają! Nur Fliegen ist schöner. Balonem :)
|
|
Komentarzy:
8
|
|
wtorek, 19 grudzień 2006, 21:06
Trzy największe brzydactwa...
|
Świąteczna gorączka w pełni a ja sobie znowu piszę. Zbliża się także Nowy Rok. Wypadałoby więc podsumować to co zdarzyło się w mijającym. Jako, że tematem mojego bloga jest motoryzacja dzisiaj tylko o motoryzacji. Ani słowa o balonach, wizach i Henryku Pobożnym. :) Nie chcę Was jednak zanudzać wywodami typu, które auto w mijającym powoli roku zrobiło na mnie największe wrażenie, ile razy rozwaliłem koło wpadając w dziurę rozmiarów wielkiego kanionu czy ile punktów zdążyłem złapać od uprzejmych panów policjantów czających się w krzakach. Tym razem chciałem napisać coś o samochodach, które sprawiły, że mijający rok pamiętać będę długo. Chcę przedstawić 3 auta, które zatrzęsły moją psychiką. Trzy największe brzydactwa... Specjalnie sprawdziłem - premiera tego monstrum odbyła się w końcu 2005 roku. Pierwszy raz, zdjęcia tego auta zobaczyłem chyba w czerwcu. Dokładnej daty nie pamiętam, przypominam sobie jedynie, że był upał, bo z wrażenia zimną "kolą" zapaćkałem sobie klawisze i monitor. Auto nazywa się Ssang Young Rodius i na moje oko, biolodzy bawiący się w krzyżówki zapewne tak właśnie wyobrażają sobie mieszankę orangutana z nosorożcem… Prawda, że samochód ma sporo zalet. Jedną z nich (jak czytałem) jest chociażby olbrzymich rozmiarów wnętrze. Problem w tym, że nie zda się ono na zbyt wiele, jeśli i rodzina, i znajomi będą się wstydzić do niego wsiąść. Udało mi się jednak znaleźć niepodważalny plus tej sylwetki - myślę, że żaden złodziej nie odważyłby się go ukraść. Jedyne ryzyko w tym, że zostawiając takie auto na noc pod domem, jakiś żartowniś wydrapie nam na masce gwoździem słowo "Respect". Ale co tam, nawet jeśli, to i tak nie wpłynie znacząco na pogorszenie urody tego auta.
Jak mówiłem na wstępie, w tym roku moją uwagę przykuły (i to boleśnie) trzy samochody. Drugim na tej liście jest nowy model Subaru - Tribeca. Długo zastanawiałem się co by tu o nim napisać i doszedłem do wniosku, że styliści, którzy projektowali to auto, przez większą część roku byli chyba na chorobowym. Grill sprawia wrażenie jakby powstał w szopie polskiego blacharza amatora tuningującego zdezelowany przystanek autobusowy. Przód i tył mają z sobą tyle wspólnego co Izrael z Palestyną i faktycznie przedstawiają sobą dwie, zupełnie inne kultury. Doszedłem do genezy jego nazwy. Tribeca to nazwa dzielnicy Nowego Jorku słynącej z butików, galerii i restauracji. Dobre sobie! Problem w tym, że samochód podobnej urody pasuje tam jak pięść do jeża... Oczywiście, fuszerka stylistów nie była w stanie całkowicie popsuć wizerunku wozu. Jak przystało na prawdziwe Subaru, Tribeca ma silnik w układzie boxer i napęd na cztery koła. Dzięki temu auto dobrze radzi sobie w czasie leśnych wycieczek i w lżejszym terenie. A czy wstydziłbym się nim wyjechać na publiczną drogę? Pewnie trochę tak. :)
Na koniec zostawiłem prawdziwy rodzynek. Gdy parę lat temu na rynek wchodziła thalia byłem pewny, że szczyt stylistycznego sadomasochizmu został właśnie osiągnięty. Czas pokazał jak bardzo się myliłem. Tym razem strzał na własną bramkę oddała Skoda, wprowadzając do sprzedaży najnowszy owoc pracy swoich stylistów - roomstera. Nie potrafię opisać słowami, tego co czuję widząc to auto na drodze. Podobne uczucia nachodziłyby mnie zapewne jak spoglądałbym na własną teściową (jeżeli bym ją oczywiście miał…). Wiem, że o gustach się nie dyskutuje i ocenianie danego auta przez pryzmat wyglądu jest płytkie, nieodpowiedzialne a nawet głupie. I dobrze, każdy ma przecież prawo do własnego zdania! Moje już znacie.
|
|
Komentarzy:
40
|
|
niedziela, 17 grudzień 2006, 20:22
Pytanie dnia...
|
Za kilka dni lecę do USA. A jak leci się do USA trzeba mieć wizę. A jak trzeba mieć wizę, to należy wypełnić formularz wizowy. Można go (jak zresztą wszystko) znaleźć w Internecie. I tu ciekawostka… Oto jedno z pytań jakie znalazłem we wspomnianym formularzu.. Ech ci Amerykanie… • Czy ubiega się Pan/Pani o wjazd do Stanów Zjednoczonych, aby zajmować się działalnością wywrotową, terrorystyczną lub naruszającą przepisy kontroli eksportu, bądź jakąkolwiek inną działalnością sprzeczną z prawem? Czy jest Pan/Pani członkiem lub przedstawicielem organizacji uznawanej obcenie przez Sekretarza Stanu USA za terrorystyczną? Czy kiedykolwiek uczestniczył/a Pan/Pani w prześladowaniach prowadzonych przez nazistowski rząd Niemiec; lub czy kiedykolwiek uczestniczył/a Pan/Pani w ludobójstwie? Na wszystkie pytanie odpowiedziałem "nie". Czyli... wiecie o mnie coraz więcej... :). Pozdrawiam. Wasz "wieśniak".
|
|
Komentarzy:
12
|
|
|